🐿️ Tylko Umarli Widzieli Koniec Wojny
Sam dzisiaj wstajesz. Każdy krok jest jak cierń. Wkoło pustka cisza lęk. Tylko ty. Ty i łzy. To są twoje zwykłe dni. Overall Meaning. The lyrics to Glaca's song Życie i Samotność address the pain of losing a loved one, and the difficult process of moving forward.
Battlefield 2 - [część 90] - "Tylko umarli widzieli koniec wojny." - foxx - 16.02.2007 - Forum dyskusyjne gry filmy gra sprzęt fotografia PC online
Michael Ware, australijski dziennikarz, po raz pierwszy trafił do Iraku w 2003 roku. Podczas drugiej wojny w Zatoce Perskiej relacjonował przebieg konfliktu dla magazynu Time i telewizji CNN. Światowej opinii publicznej dał się poznać jako pośrednik lidera terrorystów Abu Musaba Al-Zarqawiego, gdy przekazał jego wiadomość dla zachodniej.
to tylko wiedźmy - wkrótce koniec wojny i mocne odbicie. zobaczycie. wyłącz formatowanie i wyświetlanie grafik
Laureat literackiego Nobla, pięćdziesięciosiedmioletni Mo Yan, to poważny „mąż stanu” chińskiej literatury. Trzydziestoletni Han jest jej wschodzącą gwiazdą i zarazem enfant terrible.
Ponad 30 tysięcy Polaków studiuje dziś za granicą - głównie na uczelniach w Niemczech i Wielkiej Brytanii, ale też w elitarnych szkołach wyższych w USA. Studenci z Polski to tylko
„Tylko umarli wiedzą” to kryminał retro, w którym autor wykorzystał wydarzenie historyczne, czyli wizytę Hitlera w Pile w 1932 roku, łącząc je z fikcją lite
"Tylko umarli widzieli koniec wojny" Michael Wasiura . Szczyt NATO w Wilnie | "Decyzja Putina zwiększa napięcie. Na tym powinno skupić się NATO" Jacek Pawlicki
"Tylko umarli widzieli koniec wojny" Michael Wasiura 22 lipca 2023 Żołnierze przeklęci Setkami ginęli w bezsensownych natarciach. Zrobiono z nich "pachołków Stalina" Mariusz Nowik
Prawdziwy koniec zimnej wojny: Directed by Jerzy Sladkowski. With Stephen Biegun, Zbigniew Brzezinski, Stanislaw Ciosek, David Forden. At the beginning of 1990s growing of NATO with the admission of Eastern European countries was called mission impossible.
Umarli nie kłamią. Detektyw wydziału zabójstw, Taylor Jackson, wraca do zdrowia po ciężkim postrzale. Odzyskuje siły w starym szkockim zamku, u swojego dobrego przyjaciela Jamesa Highsmythe’a. Przeglądając z nudów papiery gospodarza, trafia na sprawę, która budzi jej wątpliwości. Czy żona Jamesa naprawdę zginęła w wypadku
Tłumaczenia w kontekście hasła "seen the end of" z angielskiego na polski od Reverso Context: Colonel, you should have seen the end of the movie.
iOwzh. 22:37 Czyli listopad w mediach pod znakiem "Brutalne gry wywołują morderstwa i są brutalne". Będzię z czego się pośmiać 22:53 Wolę to niż jakieś "cieplutkie" Borderlandsy 3 albo Gears 5... 22:58👍 odpowiedzzanonimizowany12912325 Konsul O takiej grze właśnie marzyłem kiedy moje zainteresowanie FPSami się wypaliło. Jeśli kampania przebije lub przynajmniej dorówna MW1 to będę zachwycony. 07:50😂 Jakbym pierwszy raz słyszał o czymś takim. 08:13 odpowiedzzanonimizowany714315111 Legend Oby gra faktycznie była taka brutalna i mroczna, teraz nastała dziwna moda na kolorowe borderlandsy czy inne overwatche 09:03 " Sceny dekapitacji pociskiem snajperski, lub" ucięcie kończyny" No realizm pełną gębą niczym w rambo który nie musiał zmieniać magazynków. Waterboarding już w GTA 5 się pojawił, a użycie broni Chemicznej na cywilach to w scenariuszu Bardzo wygodnie dla propagandy USA znajdzie się na Jakże wygodnie umiejscowionym kraju podobnym do nie podniecajcie się CODem bo to narzędzie do propagowania jakie to USA nie jest dobre i jak nie nie niesie pokoju(Karabinami) wszystkim, A zadziwiajająco samo jest zakulisowo prowodyrem dzisiejszych Konfliktów. 09:19 Ludzie nie podniecajcie się CODem bo to narzędzie do propagowania jakie to USA nie jest dobre i jak nie nie niesie pokoju(Karabinami)To chyba graliśmy w różne CoDy, bo przez całą trylogię Modern Warfare Amerykanie albo są w komitywie z głównymi złolami, albo sobie nie radzą, bo wszędzie się ładują z buciorami i ich interwencja kończy się trzecią wojną światową, a cały ten burdel musi sprzątać wąsaty Angol uznany za wroga publicznego numer jeden. Ba, nawet w drugowojennych odsłonach (z wyjątkiem najnowszej - WWII) pokazano, ze najtrudniejszą i najbrutalniejszą robotę w Europie odwalali była jasność - Call of Duty to jest w dużej mierze jingoizm w pigułce, ale już za czasów World at War pokazywał też (z różnym skutkiem), że wojna to mimo wszystko nie zabawa. To jest wciąż rozgrywka polegająca na pif paf, ale jak na dłoni widać, że nawet ta seria dojrzewa wraz z graczami i stara się mimo wszystko przemycić kilka wątków antywojennych (a z zapowiedzi wynika, że w tej odsłonie będzie ich całkiem sporo). Oczywiście jest to pewnego rodzaju stanie w rozkroku i niezła doza hipokryzji, gdy ktoś robi grę, w której główną rozrywką jest strzelanie do innych i wybuchy w stylu Michaela Baya, a z drugiej wali bonmotami w stylu "Tylko umarli widzieli koniec wojny", niemniej nie zapędzałbym się z tak daleko idącymi wnioskami aż do ogrania kampanii. post wyedytowany przez Yoghurt 2019-09-17 10:44:57 09:07 odpowiedz4 odpowiedzi zanonimizowany127045020 Generał Czy wiadomo już ile będzie trwać kampania single i czy br? 09:28 It's not waterboarding, if You use diesel fuel. 10:24 DICE to się nawet bało wstawić do swojej gry swastykę, a Niemców nazwać nazistami. A tu proszę. Brawo IW. W końcu ktoś przełamał tą "modę" na nadmierną grzeczność i poprawność w każdej kwestii i nie unika niewygodnych tematów. Oj jak tak dalej pójdzie to CoD stanie się chyba moim nowym ulubionym Battlefieldem. post wyedytowany przez Asasyn363 2019-09-17 10:27:35 10:45 odpowiedz1 odpowiedź doom454 Legionista Czasy pierwszych Modern Warfare pewnie nie wrócą ale czuje że gra może namieszać trochę na rynku growym 12:12👎 Tak jasne, brutalność na 1-szym miejscu, a czas gry na ostatnim, gdzie załóżmy, że wyniesie 4-5h ,zatem podziękuję! 14:14👎 Niech wprowadzą jeszcze elementy pedofilii i zoofilii oraz isis z wysadzaniem ludzi to faktycznie potrzebne w grach jak kotu 5 ogonów. post wyedytowany przez KUBA1550 2019-09-17 14:15:39 16:46 Jeśli to wszystkie "mocne" scenki to nie jest zbyt brutalnie post wyedytowany przez 12dura 2019-09-17 16:47:01 17:05 To jest mój MUST HAVE tego roku :)takimi newsami podsycacie jeszcze apetyt, extra :) 17:22 Wszystko pięknie, ale za drogo
Autor: Paweł Czechowski Tagi: Wywiady, Historia wojskowości, Książki, II wojna światowa, Polska, Niemcy, Austria, SzwajcariaOpublikowany: 2020-08-18 15:56Licencja: wolna licencjaWokół niemieckiej agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku narosło wiele historycznych mitów. Które z nich są powtarzane najczęściej? Jakie były kluczowe momenty wrześniowych walk? Pod jakimi względami Polska była dobrze przygotowana, a gdzie pojawiły się poważne braki? Między innymi o tym rozmawialiśmy z dr. Robertem Forczykiem, historykiem, byłym żołnierzem Army oraz autorem książki „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”.Paweł Czechowski: Jak wiele mitów funkcjonuje wciąż wokół niemieckiej inwazji na Polskę? Które z nich należy uznać za najpoważniejsze błędy? Dr Robert A. Forczyk jest absolwentem studiów historycznych na University of Notre Dame. Służył w armii amerykańskiej jako czołgista, a następnie oficer zwiadu w latach 1983-2003. W 1993 roku uzyskał tytuł doktora filozofii na University of Maryland. Obecnie jest konsultantem w sprawach lotnictwa w Waszyngtonie. Dr Forczyk jest autorem ponad 30 książek historycznych, w tym wydanej niedawno Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939 . Jego główne zainteresowania badawcze dotyczą historii wojskowości Azji i Europy. Polscy dziadkowie dr. Forczyka pochodzili z Łodzi i Tarnowa. Robert Forczyk: Istnieją trzy podstawowe mity na temat niemieckiej kampanii w Polsce w 1939 roku:• Niemiecka Luftwaffe niszcząca polskie Lotnictwo Wojskowe na początku walk i to głównie na ziemi.• Polska doktryna wojskowa jako głupia, przestarzała i nazbyt uzależniona od wojsk konnych (w tym zawiera się też np. mit o polskiej kawalerii szarżującej na niemieckie czołgi).• Polska armia jako siła wyposażona w przestarzały sprzęt, a do tego bez środków do opracowania nowoczesnej błędem zagranicznych historyków – wzmocnionym przez niemiecką propagandę wojenną – było twierdzenie, że polska armia była przestarzała zarówno pod względem wyposażenia, jak i planowania. W rzeczywistości, poza kwestią samolotów myśliwskich, Wojsko Polskie w 1939 roku posiadało najnowocześniejsze uzbrojenie w wielu obszarach i wiedziało, jak prowadzić nowoczesną kampanię wojenną. Czołgi 7TP na manewrach (domena publiczna). Co 1 września 1939 roku stanowiło o sile niemieckiej armii – w aspekcie jakościowym, a nie ilościowym? Niemieckie dywizje pancerne dały Wehrmachtowi skoncentrowaną, mobilną siłę uderzeniową o dużej mocy. Obie strony miały czołgi, a najlepszy spośród polskich, 7TP, był równie dobry jak większość niemieckich czołgów. Polskie czołgi nie były jednak używane w masie. Gdyby Wojsko Polskie połączyło zarówno zmechanizowane brygady kawalerii (np. 10 BK, Warszawska BK), jak i dwa oddzielne bataliony czołgów, mogłoby utworzyć jedną własną dywizję pancerną.• Niemiecka artyleria polowa (10,5 cm i 15 cm) przewyższała większość polskiej artylerii polowej i została skoncentrowana, aby zapewnić dużą siłę jednak armia niemiecka nie miała w 1939 r. wielkiej przewagi jakościowej nad Wojskiem Polskim. Podobnie jak Polacy, Niemcy byli bardzo zależni od transportu konnego przy przemieszczaniu artylerii i zaopatrzenia. Co więcej, większość niemieckich jednostek rezerwowych była wyposażona w przestarzałą broń z czasów I wojny światowej lub w taką, którą przejęli wcześniej od Czy wspominana już ówczesna polska doktryna (i taktyka) wojskowa stanowiła właściwą odpowiedź na agresję Wehrmachtu? Nie. Polska doktryna wojskowa została stworzona przede wszystkim do walki z Armią Czerwoną, która nie była silnie zmechanizowana aż do lat stały się poważnym zagrożeniem dopiero w 1937 roku. Po śmierci marszałka Piłsudskiego polski Sztab Generalny przeprowadził badania, z których wynikało, że polskie siły zbrojne muszą zostać zmodernizowane, ale program ten miał zająć co najmniej pięć lat. Niemcy zaatakowały, podczas gdy Wojsko Polskie były dopiero w połowie programu dowódcy wojskowi nie spodziewali się ponadto szybkiego tempa działań wroga – przewidywali, że będą mieli więcej czasu na mobilizację i rozmieszczenie swoich sił, dlatego główny nacisk położyli na rozpoczęcie decydującej kontrofensywy pod Warszawą. Obsługa 37 mm armaty przeciwpancernej Bofors. Na zdjęciu żołnierze z Dywizjonu Przeciwpancernego 10 Brygady Kawalerii, ćwiczenia w roku 1938 (domena publiczna). W szerszej perspektywie, perspektywie całego dwudziestolecia międzywojennego – co Polska uczyniła dobrze (a co źle) w aspekcie wojskowym? Dowództwo Wojska Polskiego trafnie przewidziało zapotrzebowanie na nowoczesne działa przeciwlotnicze oraz przeciwpancerne i zainwestowało swoje skromne środki w produkcję doskonałych 37-mm działek przeciwpancernych Bofors i 40-mm dział przeciwlotniczych. Jednakże na początku wojny tej broni było wciąż zbyt mało, a Polska była zmuszona eksportować część tego uzbrojenia do Wielkiej Brytanii i Francji w celu zbierania czołgów konstrukcji polskiej i zmechanizowanie dwóch brygad kawalerii były krokiem we właściwym kierunku, ale nie udało się uzyskać wystarczających środków na ukończenie tych procesów w odpowiednim jednostki polskiej armii były odpowiednio wyszkolone i dobrze dowodzone przez zawodowych oficerów, potrafiły też świetnie radzić sobie w działaniach chodzi o błędy, Polska powinna była zbudować więcej fortyfikacji w celu ochrony kluczowych przepraw przez rzeki, takie jak Warta. Powinna była też zainwestować w zakup większej liczby min przeciwpancernych (które w rzeczywistości były niedrogie).Największym błędem było nieutworzenie dowództwa korpusu, przeznaczonego do kontrolowania dwóch lub więcej dywizji. Struktura grupy operacyjnej (GO) nie radziła sobie dobrze w walce, utrudniając koordynację podległych jednostek. Natomiast dowództwo korpusu niemieckiego mogło kierować jednocześnie 2-4 książkę Roberta Forczyka pt. „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”Robert Forczyk„Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”40,99 złTytuł oryginalny: „Case White. The Invasion of Poland in 1939”Wydawca: Dom Wydawniczy RebisTłumaczenie: Jan Czy przed wrześniem 1939 r. istniała realna szansa, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie zostanie podpisany? Niemiecko-sowiecka współpraca wojskowa sięga roku 1925, a oba państwa zamierzały w pewnym momencie podjąć działania napastnicze, więc pakt Ribbentrop-Mołotow wpisał się we wzorzec antypolskiej polityki ZSRR i Niemiec. Było jednak możliwe, biorąc pod uwagę wrogość między reżimem nazistowskim a reżimem komunistycznym, że porozumienie mogło nie dojść do skutku w 1939 r., ponieważ żadna ze stron tak naprawdę nie ufała drugiej. Gdyby pakt nie został podpisany, Hitler prawdopodobnie zdecydowałby się najpierw opanować tylko Gdańsk. Podpisanie paktu. Od lewej stoją: szef działu prawnego niemieckiego MSZ Friedrich Gauss, niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop, Józef Stalin oraz minister spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesław Mołotow (domena publiczna). Jakie były kluczowe momenty kampanii wrześniowej, które zadecydowały o jej przebiegu, poza inwazją sowiecką 17 września? Co zawiodło po polskiej stronie? Czy inne decyzje polskiego dowództwa mogły zmienić wynik walk? Decyzja o rozlokowaniu Korpusu Interwencyjnego pod Gdańskiem postawiła Armię „Pomorze” w trudnej sytuacji i została ona szybko pokonana, w ciągu trzech dni.• Porzucenie kluczowych miast przy granicy, takich jak Bydgoszcz i Częstochowa, umożliwiło Niemcom ściganie i nękanie cofających się sił polskich. Decyzja o wycofaniu się z linii Warty doprowadziła do załamania obrony.• Przedwczesne zaangażowanie Armii „Prusy” zmarnowało rezerwę strategiczną.• Wstrzymanie wysokiej jakości jednostek, takich jak 1 Dywizja Piechoty Legionów w Wilnie, zamiast przeniesienia ich do Warszawy przed gdyby polskie dowództwo rozkazało obronę większych miast, niemiecki natarcie zostałby spowolnione. Dywizje pancerne były w miastach bezużyteczne, a Niemcom brakowało Czego dzisiejszych Polaków może nauczyć historia pierwszych tygodni II wojny światowej? Nie liczcie na to, że obce narody uratują Polskę, ponieważ na pierwszym miejscu postawią własny interes.• Nie polegajcie na pasywnej obronie, ponieważ przekazuje ona inicjatywę wrogowi. Warto dokładnie zbadać podejście Izraela do obrony, ponieważ przetrwał on dziesięciolecia w otoczeniu wrogich sąsiadów, będąc przygotowanym do uderzenia jako pierwszy, gdy było to konieczne. Polska może powstrzymać obcą agresję tylko wtedy, gdy ma środki do aktywnej obrony (np. przez uderzanie w cele poza jej granicami).• Nie opuszczajcie terytorium Polski bez walki. Wykorzystujcie wszystkie zasoby, takie jak cywilna siła robocza, do tworzenia nowych umocnień (np. takich jak okopy, barykady uliczne w Warszawie).• Agresor może dążyć do wykorzystania wewnętrznych podziałów politycznych w Polsce. Zarówno Niemcy, jak i Sowieci użyli podziałów etnicznych i politycznych, aby uderzyć polski rząd. Żołnierze polscy (domena publiczna). Na koniec chciałbym zapytać o Pańską perspektywę badawczą, ponieważ wydaje mi się to bardzo interesujące. Służył Pan wiele lat w armii amerykańskiej. Czy perspektywa byłego żołnierza pozwala lepiej zrozumieć historię II wojny światowej, czy w jakiś sposób przeszkadza? Służąc w wojsku, spojrzałem z uznaniem na wiele czynników, które mają wpływ na wynik działań wojennych; często małe rzeczy mogą mieć duże oddziaływanie. Myślę jednak, że trudniej jest zrozumieć historię wojskowości, jeśli rozumie się, jak działa organizacja wojska i podejmowanie pięćdziesięciu lat uczę się historii wojskowości, ale jest kilka rzeczy, o których nie można dowiedzieć się z książek. Uważam, jak napisał rzymski historyk Tacyt, że „tylko umarli widzieli koniec wojny” i że ludzie miłujący wolność muszą zawsze być gotowi bronić swojej wolności przed tymi, którzy próbowaliby im ją książkę Roberta Forczyka pt. „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”Robert Forczyk„Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”40,99 złTytuł oryginalny: „Case White. The Invasion of Poland in 1939”Wydawca: Dom Wydawniczy RebisTłumaczenie: Jan Szkudliński
Wojna to piekło. Łatwo jednak o tym zapomnieć, kiedy żyje się w jednym z rozwiniętych krajów świata, w którym jedynym konfliktem jest ten, jakie płatki śniadaniowe wybrać lub gdzie wyjechać na wakacje. Fotoreporterzy wojenni to wyrzut sumienia, który uświadamia nam, że gdzieś - wprawdzie kilka tysięcy kilometrów stąd - ale jednak na tym samym świecie lekarz podejmuje decyzję, kogo warto ratować, a kogo własnoręcznie zastrzelić. Mark (Colin Farrell) i David (Jamie Sives) ani razu nie mówią jednak o żadnej misji. W pyle kurdyjskiej pustyni czy w zaadaptowanej naprędce na szpital polowy jaskini, przesyconej smrodem gangreny, nie słyszymy wielkich słów o odpowiedzialności świata ani banałów o tym, ile warte jest życie człowieka. To po prostu ich sposób zarabiania - dobry jak każdy inny, może nawet trochę nobilitujący, a przynajmniej dający nadzieję na sławę. Dwaj przyjaciele przemierzają więc zapalne miejsca świata z aparatem przy oku i obrazują okropności współczesnego konfliktu zbrojnego - z dystansu, oddzieleni od krwi i śmierci wydającą krótki trzask migawką. Prócz tego są całkowicie zwyczajnymi mężczyznami - jeden oczekuje dziecka, drugi ma kochającą żonę. Wszystko zmienia się po jednej z misji, z której Mark wraca sam, poharatany szrapnelami i cudem odratowany. O losie Davida nie wiadomo nic. Danis Tanović to przede wszystkim wybitny dokumentalista, którego głównym celem jest pokazanie, jak wojna okalecza ciało i psychikę człowieka. Choć chce on nadać scenom śmierci maksymalnego autentyzmu, większość akcji toczy się na typowych przedmieściach współczesnej metropolii. To właśnie tam Mark próbuje dojść do siebie, najpierw walcząc z tkwiącym w nim dramatem samodzielnie, potem przy pomocy bynajmniej nie jednoznacznego moralnie teścia, byłego psychoterapeuty (Christopher Lee). Walka z samym sobą i odpowiedzialnością za innych okazuje się o wiele bardziej bolesna niż najmroczniejsza nawet scena z przeszłości fotografa. "Selekcja" to kino kontrastów. Rozrywana artylerią pustynia zestawiona jest z sielską Wielką Brytanią, zaś polowy szpital - z nowoczesnym centrum medycznym. Efekt potęgują również świetne zdjęcia, które zdają się przenosić widza w dwa zupełnie różne światy. Tanović nie moralizuje jednak i nie wzywa do solidarności - zamiast tego potwierdza on odwieczną, metafizyczną w swym wymiarze prawdę, że na wojnie o losie człowieka decyduje czysty przypadek. I być może w tym właśnie upatruje grozy konfliktów zbrojnych, które wybuchają znienacka, pochłaniają przypadkowe ofiary i gwałtownie się kończą. "Selekcja" ma rysy kina psychologicznego, trudno jednak uznać ją za film zaskakujący suspensem. To po prostu konsekwentnie nakręcony dramat z błyskotliwą rolą Colina Farrella. I choć obraz nie mówi nic nowego ani o wojnie, ani o człowieku, to przedstawia tragedię uświadamiając nam, że te dzieją się naprawdę, czasami obok nas. Być może taka konkluzja wielu z was nie poruszy, ale sprawi zarazem, że czasu spędzonego z "Selekcją" nie sposób uznać za jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($ głosy).
Więź 1/2012 Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak Pińska szlachta – Wiesz, co o Tobie powiedział Statkiewicz? – A co? – On powiedział, że nie jesteś szlachcicem. – Co? Tak mnie znieważył? Wnet mu pokażę swoje szlachectwo! Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, Szlachta pińska Wincenty Dunin-Marcinkiewicz był drobnym szlachcicem, niezłym literatem i wielkim przyjacielem ludu białoruskiego. Pisał po białorusku, a jednym z efektów jego pracy był utwór teatralny Szlachta pińska z 1866 roku. Opisał w nim obraz mieszkańców Pińska i innych poleskich okolic, biedną szlachtę od chłopów nie różniącą się wcale, ale mającą duże poczucie własnej wartości. Niespełna 150 lat po publikacji Dunina-Marcinkiewicza, kreślimy jej nowy, współczesny rozdział. Szlachta i basta Irynę Kozak spotykamy siedzącą przy malutkiej niebieskiej kapliczce. Dłubie zaciekle kijkiem w ziemi, myślami jest gdzieś bardzo daleko. – Przed wojną stała tu cerkiew. Komuniści liny zaczepili, traktor podłączyli. Ot, taka polityka durna była w naszych wszystkich republikach – wzdycha. Nową kapliczkę już za Łukaszenki wybudował pewien miejscowy. Dorobił się w Ameryce i dwa tysiące dolarów przeznaczył na zbożny cel. – Tych komunistów to ludzie przeklinali. Oni w Boga przestali wierzyć. I wiecie co? Ci, którzy burzyli, to wszyscy młodo umarli. Jeden na motorze się rozbił, drugi pijany głowę rozwalił – kijek w rękach staruszki nie przestaje pracować. – Kim jesteśmy? Białoruskimi Poleszukami – mówi z przekonaniem. – Mówimy trochę po ukraińsku, trochę po białorusku, trochę po polsku. Wieś, w której mieszka Iryna Kozak, nazywa się Stajki i leży na terytorium białoruskiego Polesia, nieopodal granicy z Ukrainą. Kilkanaście drewnianych chat po obu stronach drogi. Tak zaczęto budować tu za Królowej Bony, która ziemie pińskie i kobryńskie posiadła we wczesnych latach XVI wieku. Rzemieślnicy z Włoch i Holandii tchnęli odrobinę cywilizacji w poleską głuszę. – Chciałabym, aby koło kaplicy postawili pomnik ofiarom wojny. Tylu ludzi zginęło… Tu kiedyś kilkadziesiąt chat było, dzieci pełno, a teraz? Siedmiu ludzi, wszyscy z garbami i kijkami. Ot, takimi jak mój – łza Iryny spada do świeżo wydrążonej kijkiem dziury. – A Stajki to kiedyś była szlachecka wieś. Ale o tym, to niech Wam mój syn opowie. Aleh Kozak gości nas w rozpiętej koszuli, eksponując swój wielki brzuch. – Mama, zrób nam jajecznicę, pomidorów naszych przynieś, koniecznie muszą skosztować – w roli gospodarza Aleh czuje się doskonale. – Historię trzeba znać – rozpoczyna swą gawędę. – Ten nasz Łukaszenka nieszczęsny w ogóle o historię nie dba, a tu przecież Wielkie Księstwo Litewskie było. Nasi przodkowie walczyli z Krzyżakami pod Grunwaldem – stwierdza zadowolony. Według Aleha, Stajki to wieś szlachecka. Tu od zawsze mieszkała szlachta i basta. A po czym poznać szlachtę? – No, chodzili tak samo ubrani, pieniędzy też za dużo nie było. Najłatwiej to po nazwisku. Szlacheckie kończą się na –cki: Dubiniecki, Ostrowiecki. Ale my Kozaki, też ze szlachty – dodaje i wyjmuje zdjęcie swoje pradziada, który służył w Armii Polskiej. – Zresztą sami zobaczycie, jak pojedziecie do wsi obok. Chojno to wieś chłopska. Tam was nikt nie nakarmi. Do chaty może wpuszczą, ale na tym koniec. U mnie zostańcie, po szlachecku was ugoszczę i rybek połowimy – zaprasza ochoczo. W końcu żegna nas wraz z matką po przyjacielsku, zostawia swój adres i telefon – jak znów będziecie, to musicie nas odwiedzić. Soroczki i kapelusze Jesteśmy w gościach u Kleofasa Siewieryna, który jest mistrzem poleskiego rękodzielnictwa. „Żaden festiwal w kraju nie obejdzie się bez jego tradycyjnych słomianych kapeluszy” – można wyczytać w jednym z przewodników po Pińszczyźnie. Takie nakrycia głowy zdobiły niejedną poleszucką głowę. A Poleszuk to kiedyś było zjawisko, dziwo prawdziwe. W międzywojniu przyjeżdżano na Polesie, żeby badać żyjący wśród bagien i lasów prymitywny lud poleski. Ferdynand Ossendowski, Józef Obrębski, Melchior Wańkowicz czy Józef Mackiewicz – przyciągała ich magia przyrody i prostota mieszkających tu ludzi. Kleofas Siewieryn malowniczo opisuje wygląd Poleszuka. – Najbardziej charakterystyczne były łapcie, obuwie wyplatane z łyka brzozy. Chodziło się w takich cały rok – opowiada, trzymając w ręku łapcie własnej roboty. – Oj nie były wytrzymałe. Jak się ludzie wyprawiali do miasta, to i dwie pary na zapas trzeba było zarzucić na ramię. Prawdziwe buty kupowało się u Żyda. W Dawidgródku robili i sprzedawali po wsiach. Ludzie rzadko je ubierali, do cerkwi w łapciach albo boso chodzili i przed samym wejściem nakładali – opisuje z uśmiechem. Chata Siewieryna pełna jest łapci, kapeluszy i tradycyjnych poleskich koszul, zwanych soroczkami, które miejscowa ludność szyła z tkanego własnoręcznie z lnu. – Teraz już nikt tak nie chodzi. W sklepach jest wystarczająco towaru – dodaje, prezentując odzieżowe relikty. – Chcecie wiedzieć, skąd taka nazwa wsi? Wólki powstały po zniesieniu pańszczyzny na terenach trudno dostępnych, gdzie chłopów zostawiano samych sobie. Tutaj powstała Mała Wólka, a cztery kilometry dalej jest Duża Wólka. Dlaczego tak? Bo tutaj mieszkało trzynaście osób, a tam czternaście. – Do naszej Małej Wólki podczas wojny przyjechali Niemcy – Siewieryn kontynuuje swoją opowieść. – Na wozie postawili megafon i puszczali w kółko: „Nie bójcie się, wyjeżdżajcie do pracy do Trzeciej Rzeszy”. Sam się nikt nie zgłosił, ale i tak nas w końcu w czterdziestym trzecim zabrali. Wywieźli do Mulhouse we Francji, gdzie pracowaliśmy w fabryce po dwanaście godzin dziennie. Wraz z Siewierynem przenosimy się na główną ulicę Małej Wólki. – Gdy Francuzi przywieźli nas z powrotem, to okazało się, że Niemcy spalili nasze domy – mówi. Odbudowaliśmy, choć teraz większość stoi już pustych. O tamtych czasach to cztery osoby pamiętają, tylko tyle nas starych zostało. Szwedów wrzątkiem zwalczali – W polskiej szkole skończyłem cztery klasy. Siedem lat to trwało, bo do trzeciej chodziło się dwa lata, a do czwartej trzy. Z nauczycielem po polsku rozmawialiśmy, a ze sobą, proszę pana, po swojemu, tak jak z wami teraz rozmawiam – 87-letni Władimir Ostrowski mieszka w Dzikowiczach, wsi malowniczo położonej nad Prypecią. Dzikowicze to wieś szlachecka. – Jeden z Ostrowskich był dowódcą w oddziałach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jak Szwedzi nas później napadli, to moi przodkowie wrzątkiem ich oblewali, o wieś walczyli – opowiada Ostrowski, który, jak na swoje 87 lat, zadziwia energią i jasnością umysłu. W chacie naprzeciwko mieszka Michał Dzikowiecki, który opowiada nam tę samą historię. Widocznie ich przodkowie walczyli ramię w ramię ze szwedzkim potopem. – Mnie nikt nigdy Poleszukiem nie nazywał. Mojego ojca polska władza bardzo ceniła – mówi. – Teraz ludzie śmieją się ze szlachty, wytykają nas, proszę pana, palcem. Wieś wykupili działkowcy, przyjeżdżają, a historia w ogóle ich nie interesuję. My w tych dwóch chatach z Dzikowieckim się trzymamy. Dwóch ostatnich przedstawicieli szlachty z Dzikowicz bierze nas nad brzeg rzeki Prypeć, gdzie wspominają: – Tu do wojny była piękna piaszczysta plaża – zaczyna Dzikowiecki. – Ludzie przyjeżdżali, grali w piłkę, pływali. Wszystko wyglądało inaczej. Błota były wszędzie. W takich oto czajkach pływaliśmy do krów na pastwisko – pokazuje tradycyjne drewniane łódki przywiązane do starego, zmurszałego mostka. – Do cerkwi też tylko łódką można się było dostać. Dziesiątki czajek podpływało pod sam płot. – A tutaj ryby łowiliśmy – wskazuje palcem Ostrowiecki. – Żydzi od nas kupowali, 50 groszy za kilogram płacili. Płynęli potem do Pińska, gdzie mieli swoje lodownie. A potem dalej: do Warszawy, do Poznania. Tylko, że tam już 2 złote za kilogram dostawali – mówi. Później, podczas obiadu opowiada o handlowej stolicy regionu, jaką był Pińsk. Pod plac targowy, urządzony w centrum miasta, nieopodal pofranciszkańskiego Kościoła, podpływała okoliczna ludność. Dziesiątki czajek wypełnionych towarami cumowało przy brzegu rzeki Piny. Dziś kościoła już nie ma. W 1953 r. został wysadzony przez komunistyczne władze. Plac targowy wybrukowano kostką, a pieczę nad nim sprawuje towarzysz Lenin, podobno jeden z największych na terytorium Białorusi. Co gruncik – Skirmuncik 30 kilometrów na wschód od Pińska, znajdują się Biżerowicze, słynne z obecności rodu Ordów. Ordowie, których nazwisko słusznie kojarzy się z mongolską Ordą, pochodzą od Dżyngis Chana. A przynajmniej tak mówi Maria Janicka, której rodzice pracowali w rezydencji Ordów w Biżerowiczach. – Pałac miał dwa piętra, a ganek wsparty był na czterech kolumnach. Mój ojciec pracował u pana jako ogrodnik. Jako mała dziewczynka latałam po tym ogrodzie. Jeszcze pamiętam grusze, jabłka, pomidory. Jak pan samochodem przyjechał to goniliśmy i spaliny wdychaliśmy. Takie to było dla nas wtedy ciekawe – śmieje się serdecznie. – Za pałacem była fabryka spirytusu. Jak bolszewicy przyszli, to najpierw zburzyli, a później wiadrami spirytus brali. Ziemię kopali i samogon pędzili. Pałac zburzono i nawet pański cmentarz się nie ostał. Ludzie rozkopali szukając złota – dodaje Janicka, która po wojnie kazała sobie zmienić narodowość w paszporcie z polskiej na białoruską. Losy dorobku Ordów ukazują smutne dzieje ziemiaństwa, które kojarzone z opcją propolską często angażowało się w sprawę białoruską. I tak Roman Skirmunt, przedstawiciel starego poleskiego rodu, wspierał dążenia białoruskiego narodu do niepodległości, finansując białoruskojęzyczną prasę. W lipcu 1918 r. objął tekę ministra w rządzie Białoruskiej Republiki Ludowej, quasi-państwa będącego przejawem dążeń niepodległościowych Białorusinów. W 1939 r. na majątek Skirmuntów w Porzeczu nieopodal Pińska napadło okoliczne chłopstwo, podżegane przez sowiecką agenturę. Roman Skirmunt wraz z rodziną został brutalnie zamordowany, a majątek rozgrabiony. Popularna rymowanka „Co gruncik – Skirmuncik, co morda – to Orda”, cytowana przez Marię Janicką, przestała być aktualna. Requiem – My byliśmy pińską szlachtą, a Polacy próbowali nas spolaczyć – z pustego oczodołu Wiaczesława Szałomieckiego co rusz ciekną łzy. Nie wiadomo, czy to wspomnienia tak go wzruszają, czy to po prostu defekt sędziwego ciała. Siedzi na ławeczce przystanku autobusowego. Na tabliczce z rozkładem jazdy odczytujemy zamazaną nazwę wsi: Szałomicze. – No a jakże! – wzburza się pytany o powiązania pomiędzy jego nazwiskiem a nazwą wsi. – Szałomiecki walczył w postaniu przeciwko carowi. Tam, gdzie jezioro było – pokazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku – tam pojmano powstańców. Wszystkich wysłano na Sybir – zamyśla się. – Powstańcy, zasrańcy – do rozmowy włącza się towarzysz z ławki obok. – Co ty im za brednie wygadujesz? Jakaż to z nas szlachta? – głośno komentuje i przedstawia się. Arkadyj Połchowskij nie jest typem sentymentalnym, jak Szałomiecki, jego kolega. – Za cara, za pańskiej Polszy, za sowietów, teraz też to wszystko gówno, a nie życie. Szałomiecki wstaje, opierając się o laskę i ripostuję: – Jak nie szlachta? Jak chłopi panu drogę budowali, to my nie musieliśmy. Podymnego i świetlnego też nie płaciliśmy – tłumaczy. Wyjaśniają, że podymne trzeba było płacić za dym z komina, który leciał na drogę, a jak ktoś miał za duże okno i za dużo światła mu wpadało do chaty, to płacił świetlne. – I co z tego, skoro chleb na liściach klonu do pieca wsadzaliśmy i tak, jak wszyscy piekliśmy – kontruje Połchowskij. W końcu obaj zgadzają się co do istnienia szałomickich powstańców styczniowych. – Jeszcze przed wojną, w 1939 roku wójt, też Szałomiecki, postawił powstańcom pomnik z orłem, koło tego jeziora, gdzie zginęli. Jak ludzie widzieli, że sowieci się zbliżają, to rozebrali i wrzucili do wody – relacjonuje Połchowskij. Potomek wójta przypomina sobie drugą zwrotkę hymnu polskiego. – Dał nam przy-kład Bo-na-parte – niezdarnie intonuje, a z oczodołu znów płynie łza. Arkadyj stuka się w głowę: – Ech, widzicie go! Toż to wariat. Posłuchajcie mnie przez chwilę. Tu wszędzie błota były, na boso do lasu chodziliśmy. W czasie wojny gnębili nas policaje, a musicie wiedzieć, że to sami Ukraińcy byli. Jak po wojnie kołchoz zbudowali, to trzeba było konia oddać. Potem 30 lat jeździłem na traktorze. A teraz wieś umiera, dlatego wam to wszystko mówię. Tylko tak piszcie, żeby nas jeszcze na koniec nie wysłali do więzienia. Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak Łukasz Grajewski - ur. 1985. Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracuje w trzecim sektorze, prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w państwach Europy Wschodniej. Redaktor portalu o Partnerstwie Wschodnim Mieszka w Warszawie. Mirosław Jankowiak - ur. 1979. Filolog i kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN, ekspert do spraw Białorusi i Łotwy w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Zajmuje się Białorusią, Łotwą oraz Polakami zamieszkującymi obszar b. ZSRR. Mieszka w Legionowie. opr. aś/aś
Po co księdzu Gra o Tron? Tak, jakby nie miał brewiarza… A jednak jest jeszcze kilka tematów, kilka idei wartych rozpatrzenia. Jak dziś wrócić do tamtych czasów, gdy Wielki Post nie był tylko czasem postanowienia, że będę oglądać mniej filmów na internecie i odstawię orzeszki, lecz był czasem przednówka, gdy ludzie nieraz głodowali i marli z głodu? Gdy zima była wąską bramą, stromą ścieżką? Jak przypomnieć sobie, że ogień, lód, powietrze, ziemia, słońce i wiosna, taka, jak dzisiejsza to nie tylko stany fizyczne materii, ale potężne symbole, starsze jeszcze niż nasz gatunek? Jak obudzić w sobie pewność co do tego, że życie jest Tajemnicą? Że mieszczą się w niej i Bóg, i człowiek, i świat niepojęty. Jak pojąć świętą i trudną drogę modlitwy? Mówienia i milczenia wobec Trójcy i Jej świętych. Jak uzmysłowić sobie straszną grozę wojny? Że na niej wszyscy przegrywają, a tylko umarli widzieli jej koniec? Jest marzec, miesiąc partyzantów, żołnierzy armii, którą Herbert porównał do kwitnącej tarniny, która sama jedna, na przekór pogodzie, wyrywa się na czele przedwiośnia, a jej kwiatki szybko giną. Otóż gdyby żołnierze ci stanęli przed nami, myślę, że najwięcej mieliby do powiedzenia o tym, jak straszną grozą jest wojna. Więc takie rzeczy i jeszcze więcej – są u Martina. W serialu owszem, mniej i przyćmione, od piątego sezonu nawet bardzo. Ale wciąż tam są. Pytania, symbole, idee. Rzeczy, z którymi się zgadzam i takie, przeciw którym protestuję. Krzepiące i oburzające. Budzące duszę. Dlatego piszę książkę o teologii w Grze o Tron, mam już nawet kilka rozdziałów. Zobaczymy, czy ten mój protest przeciw prozie naukowej, gdzie przypisów (nie zawsze dobrych) jest więcej, niż sensu, kogoś zainteresuje. W każdym razie to dobry przerywnik w pracy nad doktoratem, który z natury rzeczy zadowolony anioł postawi na odpowiedniej półce w Czyśćcu, by duszom tam cierpiącym nie było za lekko. *** Na koniec jeszcze o blogu. Zmieniłem obrazki, do lata będzie się wyświetlał Wyspiański. Posty odtąd będą publikowane z czytaj dalej, dla łatwiejszej nawigacji. Wreszcie kończą się moje problemy techniczne z laptopem i będzie pewnie więcej publikacji na blogu, czas przede wszystkim na kolejne traktaty, o kazaniach dla dzieci, o krzyżakach, o teoriach spiskowych i mój ulubiony, o chwale. Na moim drugim blogu zaś, tutaj, powinny częściej pojawiać się tłumaczenia, opowiadania, recenzje. Jutro na przykład recenzja o teologii serialu Ślepnąc od Świateł. W środę popielcową zaś an tym blogu będzie kolejny odcinek o zmysłach w Biblii – tym razem o smaku, bo w końcu zaczynamy Post.
tylko umarli widzieli koniec wojny